pjakbut

Wpisy

  • sobota, 02 sierpnia 2014
    • Sen o wolności

      Miałem piękny sen...
      Sen o wolności, prawdziwej wolności. Wolności ducha. Wolności doskonałej. Śniło mi się, że jestem jak ptak, jak piękny, śnieżnobiały albatros. Lecę. Lecę rozkoszując się pięknym światem pod sobą. Wydaje mi się, że mogę wszystko....
      Nie mogę nic. Rzeczywistość jest okrutna. Siedzę tu sam, gdzieś pośrodku pustki... Niczym nie ograniczonej pustki kosmicznej. Jestem więźniem... Więźniem, jakich wielu... Nie mam nic. Wszystko, co miałem straciłem na zawsze. Zostało na Ziemi - domu, który kochałem... Domu, którego chyba nigdy nie zobaczę... Wszystko przez kilku głupich strażników. Po co chcieli mnie zatrzymać, po co? Czy aż tak im zależało na głupim kawałku krzemu? Musieli umrzeć... Jak my wszyscy. Kiedyś w przyszłości. Przyszłości, która nic nie znaczy... Cóż to za przyszłość na C23? To tam nas wiozą. Mnie - Steeva, więźnia numer 23 z bloku A... Mojego partnera, "Małego" z celi obok, Suz z naprzeciwka... Nas wszystkich... Po co? Po jaką cholerę? Żeby umrzeć tak daleko od domu? Nie. Żeby zdechnąć jak pies na pustynnej planecie... Naszym Nowym Domu. Minęło dwa tygodnie czasu ziemskiego. Ciągle to samo. Gwiazdy, gwiazdy, ciągle gwiazdy... Nie zniosę tego już więcej. Mam dosyć tego pieprzonego statku... Strażnicy mówią, że już niedaleko. Niecałe 2 lata świetlne... Tyle dzieli nas od piekła... Kolonii karnej z najokrutniejszych koszmarów. Psy są coś ostatnio nerwowe. Jeden mówił, że tunel jest niestabilny... Nie wiem, co o tym myśleć. Mówili nam na Ziemi: podróż pewno ostatnia w waszym parszywym życiu. Pewno tak. Już niedaleko. Niedługo opuszczę celę. Będę wolnym niewolnikiem C23. A może nie. Statkiem zaczęło trząść. Od godziny, bez zmian. Teraz ta poświata od pola energetycznego z zewnątrz. Co jest grane? Wypadliśmy z tunelu! Coś nas ściąga z kursu! Wybuch... Kolejny... Dostałem w głowę... To koniec...
      ...cisza, przerażająca cisza... Zwariować można. Jaka cholera? Chyba nikogo nie ma. Próbuję wstać. Aaaach, moja noga! Cała we krwi!!! Na szczęście nic poważnego. Kilka zadrapań i siniaków. Z ręką gorzej. Rozcięta do kości. Nic nie poradzę, przynajmniej na razie. Potem pójdę do celi medycznej, tam coś powinno być. Na razie się rozejrzę... Zostałem sam. Wszyscy nie żyją. O Boże, co im się stało?! Mały! Mały! To ja! Steeve! Nieee!!! Cholera! Co to jest? Kto ci zadał te rany? Facet, ty... Ty nie masz kręgosłupa! Co to za kryształy? Co się stało?
      Pytania, setki pytań i ja sam. Nikt nie przeżył... Znalazłem tylko strzępki raportów kapitana statku:
      "Wpadliśmy w rodzaj anomalii podprzestrzennej. Por. Kreegan mówi, że to jes[nieczytelne]go.
      Boże miej nas w swojej opiece! Ona miała rację! Jesteśmy ściągani w k[nieczytelne], nie mamy [nieczytelne] To jakaś planeta! Rozbijemy się!"
      Ostatnie słowa człowieka, który miał nas dowieść na miejsce. Dobrze mu tak. Nigdy go nie lubiłem. Zawsze myślał, co to nie on. Teraz jest martwy. Podobnie jak ten statek. Nic nie działa. Spróbuję przywrócić zasilanie - kiedyś byłem dobry w te klocki. Nie to na nic. Uruchomiłem jedynie windy. Dobre i to. Kurwa, moja ręka! Całkiem o niej zapomniałem. Trzeba się przejść do celi medycznej. Pamiętam, że dr Wert miała takie fajne pianki na rany. Pianki są, ale doktor nie ma. Jeżeli to jakaś planeta, to może ktoś ocalał? Może wyszli na zewnątrz? Pójdę, nie mam nic do stracenia. Tam może być niebezpiecznie. Lepiej poszukam jakiejś broni. Pamiętam, że strażnicy mieli coś w rodzaju blasterków. Znajdę jednego i ruszam. Niech to piorun trafi, drzwi nie działają. Pobawię się przewodami. A nuż się uda. Bzzzzzztrzzz!!
      ...udało się. Nie wiem ile leżałem. Napięcie jednak jest. Teraz na dodatek poraziło mnie prądem. Widać, że drzwi nie ruszę. Spróbuję inaczej. Gdzieś tu powinna być wentylacja... Jest. Kilka kopniaków i kratka ustąpiła. Teraz prosta droga. Jestem w środku. Mijam pierwsze pomieszczenie. Wszędzie zwłoki. Zaraz tam się coś rusza! Widzę wyraźnie! To jest... to nie jest... Boże, to nie my! Nie ludzie! Mieli rację, nie jesteśmy sami... Uciekł. Zostawił mnie z umierającym człowiekiem. To Suzie. Moja mała Suzie. Zanim skonała powiedziała, że obcy chyba zabili wszystkich... 129 osób... Część zwłok wzięli ze sobą. Nie daruję im. Poczują karzącą rękę ziemianina.
      Minęła godzina, chyba. Zegarek znaleziony przy drugim to szmelc, ale lepsze to niż nic. Udało mi się dostać do magazynu. Znalazłem kamizelkę z kelvaru. Przyda się, choć trochę duża. W kantorku obok leżało kilka flar i latarka. Przyda się. Statek to kupa złomu. W całości jest jedynie blok A, siłownia, magazyn sypialnie załogi. Nic tu po mnie, wychodzę na zewnątrz. Jest! Właz ratunkowy. Na szczęście sprawny. Jestem na wolności. Piękny widok. Góry. Zupełnie jak Skaliste gdzie się wychowałem. Gdyby nie okoliczności, wybrałbym się tu na wakacje. Co ja pierniczę, to obca planeta! I ja sam. Jak palec. Nie mogę o tym zapominać. Przejdę się trochę. Tam coś jest. Coś się rusza. Pora wypróbować zabaweczkę psów. Giń kreaturo piekielna! ...ale echo. Ale ze mnie idiota. Wystawiłem się jak ostatni zasmarkany harcerzyk. Na szczęście to był tylko zwierzak. Coś na kształt pieprzonego zająca. A ja wyjebałem w niego z całej mocy pukawy. Szlag by go trafił. Skąd ja teraz wytrzasnę doładowanie. Ej, fajne - samo się regeneruje. Ale wolno. A efekt broni nie powala. Dosłownie i w przenośni. Zgłodniałem. Z królika zostały ochłapy, ale zjeść zawsze można... Jakieś jagody... Królik je jadł, ja chyba też mogę. Dobre! Coś jak truskawki, tylko bardziej orzeźwiające. Nawet siły szybko wracają. Czas się zbierać. Pójdę zbadać teren. Statek rozbił się w wąwozie. Z tej strony nic szczególnego, ot kilka palm, mały stawik, kamienie trawy. Jednak to nie wszystko. Znalazłem jakąś chatę. W środku coś się pali. Popatrzę sobie z ukrycia. Chyba nikogo nie ma. Wchodzę. To był błąd. Poczułem na potylicy siny cios. Ból, jaki mi sprawił poczułem na całym ciele - od szyi, aż po czubki palców u nóg. Upadłem. Śniło mi się, że nie jestem sam. Że mam towarzysza. Jak dobrze, to nie był sen. To był Andros. Wysoki, na oko ponad 1,90. Ubrany tak jak ja., lecz jakby dostojniej. Uśmiechał się. Przeprosił mnie za zdzielenie po łbie, mimo że nie robiłem mu wyrzutów. Wyjaśnił, ze jest w takiej samej sytuacji jak ja. Czyli opłakanej i beznadziejnej. Postanowiliśmy przeczekać nadchodzącą noc za skałą obok domku. Minęła spokojnie. Z samego rana, nie budząc Androsa, wybrałem się na rekonesans. Moim celem było część wąwozu z drugiej strony statku. Jednak on zauważywszy moją nieobecność szybko dogonił mnie i podróż kontynuowaliśmy razem. Dopiero wtedy zauważyłem w jego rękach piękny pistolet półautomatyczny. Andros szybko wyjaśnił, że zabrał go naszemu kochanemu kapitanowi. Cóż, takie jest życie. Po drugiej stronie, rozciągał się przepiękny widok. Wysoki wodospad, rzeka na dnie, do którego było jakieś 200 metrów i góry, wszędzie góry. Idąc dalej natknąłem się na krzaki tych dziwnych jagód. W głębi wąwozu mój towarzysz zobaczył dziwny kompleks budowli, jakby zatopionych w skale. Zbliżyliśmy się. W głębi korytarza poruszyło się coś. Tym razem to nie był głupi królik... ani człowiek. Ja ukryłem się za drzwiami, ale on nie zdążył. Został zauważony. Odgłos kroków był coraz bliższy. Nagle ucichł. Ich dźwięk zastąpił świst rakietek. Trafiły w to miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stał Andros. Na szczęście uskoczył. Zaczęła się walka. Walka śmierć i życie. Wybiegłem z ukrycia posyłając serię strzałów tam gdzie jak przypuszczałem, stali oni. Dobrze przypuszczałem. Seria raniła jednego. Andros zaraz do mnie dołączył. Złączeni w śmiertelnym tańcu z wrogiem omal nie wpadliśmy w przepaść. Zdołałem powalić pierwszego. Upadł w konwulsjach. Temu rannemu skończyła się amunicja. Podobnie jak mi... Dwóch na jednego. Nie! Dwóch na dwóch... Kolejna kreatura wyłoniła się z korytarza, posyłając w moją stronę serię pocisków. Siła wybuchu odrzuciła mnie daleko w tył. Leżałem bezradny... Zraniona ręka dała o sobie znać. Kątem oka dostrzegłem Masywną Postać, nacierającą w moją stronę. Nie dobiegła. Andros spadł na niego jak grom. Jego silne ręce oplotły napastnika. W śmiertelnym uścisku zanurzyli się w otchłań. Spadli... Zostałem sam. Żegnaj przyjacielu... Przypomniałem sobie o tym drugim. Ale on już nie żył. Został zabity, kiedy ja leżałem. Dziękuję ci Boże... Przeżyłem. Na jak długo? Nie wiem. Odpoczywałem chyba z godzinę. Moja broń ponownie się załadowała. Na nic takie siedzenie. Pójdę dalej. Znalazłem windę. Postanowiłem zjechać w dół. Na niczym mi już nie zależy. Znalazłem się na dnie. Przy rzece, na brzegu, której leży Andros z przedstawicielem tej brutalnej rasy. Oddał życie za mnie... Szlachetny człowiek. Zbiera się na deszcz. Chciałbym wrócić do tej chaty, ale się boję. Nigdy nie sądziłem, że będę się bał śmierci. Poszukam schronienia. Jest. Jakaś jaskinia. Czeka na mnie. Nie, to kopalnia kryształów, tych samych, co znalazłem przy "Małym". Jestem w środku. Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego. Cudowna gra świateł, żyły tego minerału na ścianach. Tysiące niebieskich odblasków. I coś jeszcze. Czuję obecność czegoś innego. To jest za mną! Odwracając się zobaczyłem przeszywający powietrze pocisk. Zostałem ugodzony w klatkę piersiową. Kelvar ustąpił. To koniec.
      ...mój sen się spełnił. Jestem wolny. Doskonale wolny. Czuję się jak ptak. Magiczny ptak przemierzający ocean czasu i przestrzeni. Lecę podziwiając piękno świata. Nikt mi nie odbierze szczęścia. Nikt...
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Sen o wolności”
      Tagi:
      Autor(ka):
      maszgaga
      Czas publikacji:
      sobota, 02 sierpnia 2014 19:00
    • Jerzy Stuhr - moja opinia

      Takie coś kiedyś napisałem na forum gazety:

      Stuhr bardzo inteligentny człowiek, wszechstronnie uzdolniony, świetny reżyser, któż nie słyszał chociażby o jego "Spisie cudzołożnic" lub "Historiach miłosnych". Mimo tak wielu jego zalet (hihi jak to fajnie brzmi), uważam, że jest słabym aktorem (tak, tak dobrze słyszeliście). Dla mnie ten facet (z całym szacunkiem do innych jego osiągnięć) zdobył popularność dzięki temu, że grał w naprawdę dobrych filmach zrobionych przez niezłych fachowców, a nie dzięki swoim umiejętnościom, talentowi. Grywał w filmach Falka (np. Wodzirej), Kieślowskiego (Dekalog), Wajdy, Machulskiego (ave Seksmisja:), Zanussiego, swoich i to właśnie oni wykreowali jego wizerunek, aż samo nasuwa się myślenie typu "skoro u takich sław grał to musi być dobrym aktorem" (psychologia tłumu:). Myślę, że większość osób widziała go w dobrych filmach, znanych polskich reżyserów i dlatego uznała go za dobrego aktora. Tak jakby dobry film - dobry reżyser musiał się równać z dobry aktor. Jednak jak dla mnie Stuhr gra po prostu sztucznie, nienaturalnie. Znacie to jak ktoś jest dla Was tak słodki, że aż wam niedobrze:), właśnie Stuhr we mnie wywołuje takie wrażenie, jakby za wszelką siłę chciał grać jak najbardziej naturalnie i aż rzuca się w oczy jakie jest to sztuczne. Chociażby tylko te jego minki, momentami są takie, jakby robi się gdy uśmiecha się do sąsiadki, której się nie cierpi:) Sztuczne, sztuczne i jeszcze raz sztuczne. Dobry aktor tak gra, że aż widz ma złudne wrażenie, że jednak to nie gra tylko rzeczywistości, rola staje się tak jakby prawdziwym życiem aktora na okres filmu, w kolejnym filmie zabawa zaczyna się od nowa:) U Stuhra nigdy nie miałem takiego wrażenia, zawsze na odległość raziła mnie jego sztuczność. Nie umiem zdefiniować słowa sztuczność. Nie trawię go i już. Ciekawi mnie jednak jak gra na deskach teatru, nigdy nie widziałam sztuki z jego udziałem (może dlatego, że ogólnie stosunkowo mało ich widziałam:), a sporo zagrał. Może wtedy zmieniłaby zdanie o nim, może w teatrze jest lepszy niż w filmach.
      Za role w filmach zdecydowanie należy mu się Krasnal. I tylko jedno na koniec TO JEST MOJA SUBIEKTYWNA OCENA.

      Ktoś mi na forum odpisał:

      Szczerze mówiąc to bardzo lubię Stuhra i zdziwiło mnie to, że ktoś tak się o nim wypowiada. Reżyserem jest wręcz doskonałym. Choć robi bardzo nudne filmy [to moje zdanie] to mimo wszystko bardzo fajne [wiem, że to głupie połączenie, ale naprawdę wiele jest takich filmów]. Tego, że Stuhr jest dobrym aktorem negować nie będę i P.K.O. mu nie wręczę... Prawda jest taka, że te jego minki są mimo wszystko bardzo fajne [ja je lubię]. A sławę nie przyniosły mu filmy znanych reżyserów a talent. Przyzwyczailiśmy się, że "dobry" aktor to taki, który gra wielkich macho a tu jest taki jeden... taka perełka, która macho nie zagrała i chyba nigdy nie zagra. Wiem, że Krasnal miał być dla każdego kto napisze, ale zmieniłem zdanie. Uznajcie to za nominację, jeśli dostanę głosy "za" to [z bólem serca] dam krasnala Stuhrowi.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      maszgaga
      Czas publikacji:
      sobota, 02 sierpnia 2014 18:57
  • środa, 04 września 2013
    • Stanisław Grzesiuk - Pięć lat kacetu

      Stanisław Grzesiuk "Pięć lat kacetu"

      Często zadaję sobie pytanie: dlaczego tak wiele osób nie lubi czytać książek? Myślę, że odpowiedź jest prosta. Znaczna część utworów napisana jest albo nierównym stylem, albo są one po prostu nudne. Do tych niestety zaliczają się lektury (choć nie wszystkie). Dlatego właśnie interesują nas pozycje mniej "wyszukane", takie jak horrory, kryminały czy science fiction. Niestety ich nie można włączyć do programu szkolnego (a szkoda, bo dzięki temu o wiele więcej osób poznałoby np.: trylogię Tolkiena). Ale nie o tym miałam pisać. Chciałam przedstawić książkę, którą powinni przeczytać wszyscy ludzie, a zwłaszcza licealiści.
      Problem holokaustu przewija się w szkole dosyć często. Słyszymy coś o tym na historii, albo na języku polskim. Jednak dużo osób ma o nim znikome pojęcie. Owszem, dużo lektur porusza ten temat, ale nie poruszają w dużym stopniu samego wyglądu "życia" w obozach.
      Stanisław Grzesiuk przebywał w trzech obozach koncentracyjnych: Dachau, Mauthausen i Gusen od 4.IV.1940 do 5.V.1945 roku. Jako jeden z nielicznych przeżył pięć lat piekła. Zaznaczam, że średni okres życia więźnia nie powinien przekraczać trzech-pięć miesięcy. W każdej chwili mógł zginąć. Musiał "organizować" jedzenie, oszczędzać siły oraz walczyć z zimnem i chorobami. Poznał wszystkie tajemnice i prawa obozu. Nauczył się gdzie i za co można zginąć. Najdziwniejsze jednak jest to, że patrząc na śmierć i cierpienie, zachował pogodę ducha i humor.

      Cała historia w obozie jest wesoło opowiedziana. Grzesiuk wcale nie zbagatelizował tematu, a sprawił, że nie można się oderwać od czytania. Polecam tę książkę wszystkim, którzy chcą poznać obóz koncentracyjny od poszewki i chcą pamiętać krzywdy tam wyrządzone naszym przodkom.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      maszgaga
      Czas publikacji:
      środa, 04 września 2013 19:11
    • Komercja

      Komercja

      Ostatnio wiele się mówi o komercyjności filmów, płyt itp. Chciałam przedstawić moje stanowisko na ten temat, bo z wieloma opiniami wygłaszanymi na ów temat, zgodzić się nie mogę. Uczyłem się w L. Ekonomicznym i poniekąd wydaje mi się, ze jakąś wiedze na ten temat posiadam i dlatego sądzę, że jednak na temat komercji samej w sobie mogę troszkę powiedzieć.
      Moim zdaniem, cokolwiek jest przeznaczone dla ludzi, jest z założenia komercyjne. Idąc za "Słownikiem wyrazów obcych" PWN można zauważyć, ze termin komercja pochodzi od łacińskiego słowa "commercium", co w dosłownym tłumaczeniu, oznacza "handel towarami", z kolei skomercjalizowanie jakiegoś produktu, oznacza dostosowanie go do potrzeb rynku. Przecież teraz wszystko, co powstaje, obojętnie czy jest to film, płyta, czy chociażby przedstawienie teatralne, nie tylko nie może przynosić strat, ale również koszty nie powinny być równe dochodom. Wszystko musi przynosić zysk. Faktem jest, ze Hoffman wiele lat nosił się z zamiarem wyreżyserowania "Ogniem i mieczem", ale czy ktokolwiek zdecydował by się na produkcje, gdyby nie był pewnym tego, ze film przyniesie zysk? I każde dzieło artysty jest komercyjne, tylko tyle, ze jedne bardziej drugie mniej. Tego wymagają współczesne realia. Nawet muzyka alternatywna jest komercyjna. Co prawda jej twórcy nie tworzą zgodnie z panującymi tendencjami, ale wydając album liczą na zysk. Może nie ujęłam myśli zbyt trafnie, bo jestem przekonana, ze większość z tych ludzi, tworzy, aby dać upust swoim emocjom, a decydując się na wydanie płyty, ma na celu pokazanie swojej twórczości szerszej rzeszy odbiorców i dopiero na końcu myśli: "A może jednak będzie z tego jakikolwiek zysk?". I kto by się decydował na produkcje czegoś, co jest zupełnie pozbawione szansy na, choćby najmniejszy, sukces, przecież nikt nie chce tracić!

      Moim zdaniem we współczesnych realiach nie ma szans na sztukę pozbawioną komercyjności. To najzwyczajniej w świecie jest NIE MOŻLIWE! ale tylko od nas zależy, czy wolimy coś, co ocieka komerchą, czy kreci nas coś, co nie jest puste i daje możliwość, po zapoznaniu się z produktem, zastanowienia się, wyciągnięcia głębszych wniosków. Oczywiście nie przekreślam tu osób, które lubią rzeczy płytsze, bo na przykład, czy kobieta, która całe do południa pracuje, później gotuje obiad, a na końcu bawi i opiekuje się dziećmi, nie ma prawa wieczorem usiąść i obejrzeć jakąś przygłupawą (to moje subiektywne zdanie, owszem może zbyt radykalne, ale nikt mi nie wmówi, ze po obejrzeniu czegoś takiego, budzą się w człowieku szczytne idee) telenowele, bo ona (i ktokolwiek inny) ma prawo obejrzeć taki serial, żeby przestać myśleć i się odprężyć. Owszem może się odprężać przy muzyce poważnej, ale to jej indywidualny wybór. Tylko ważne jest, żeby nie popadać w paranoje i aby takie proste i płytkie rzeczy były tylko odskocznią od rzeczywistości i głębokich myśli, których wszystkim i sobie życzę...
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      maszgaga
      Czas publikacji:
      środa, 04 września 2013 18:59